Naprawdę ciekawy tekst. Choć jestem niewierzący nie wypiłbym eliksiru nieśmiertelności za żadne skarby. Ten świat jest dla mnie tak mało atrakcyjny, że wolę zaryzykować przejście przez czarną kurtynę niż wieczne trwanie w tej rzeczywistości. Zaprawdę, przywilej śmiertelności jest luksusem, którego nawet bogowie nie mają.
Paweł Paliwoda na blogu w Salon24, 01.11.2007
----------------------
Zdanie "Ja umrę" nie jest ani prawdziwe, ani fałszywe - odnosi się do przyszłego stanu rzeczy. Doświadczenie potoczne uczy, że to inni umierają - my, nie. Dzisiejszy homo ludens rozważania o śmierci traktuje jako stratę czasu przeznaczonego na zabawę. O jej realności nauczył się nie myśleć.
Z całkiem innych powodów końca życia mają prawo nie obawiać się ludzie religijni. Giną przecież tylko rośliny i zwierzęta, ludzie zaś umierają i przechodzą do innego świata. Dlatego zdumiewają mnie "terminalne" lęki wielu katolików (także niektórych księży, także moje własne). Czy stosunek do śmierci nie jest najlepszym testem religijności?
Czy wypiliby Państwo eliksir nieśmiertelności? Innymi słowy: czy wybraliby Państwo pewne życie wieczne tu, na ziemi, pozbawiając się ryzykownej możliwości sprawdzenia, czy istnieje wieczne życie w lepszym świecie? Czy też wylaliby Państwo eliksir do zlewu, wybierając niepewność życia wiecznego w Niebie? To jest nowa, zradykalizowana wersja zakładu Pascala.
Koncept eliksiru nieśmiertelności jest pomysłem skrajnie antychrześcijańskim i antybożym. Ów eliksir w ludzkiej historii był poszukiwany i jakoby znajdowany. Ma nawet swoją nazwę - lapis philosophorum. Kamień filozoficzny - tajemna substancja alchemików, którzy w laboratoriach postanowili stać się Bogu podobni.
Słynny francuski matematyk i filozof Laplace zapytany kiedyś przez Napoleona Bonaparte: "Dlaczego w pańskich pracach nie wspomina się o Bogu?", miał odpowiedzieć: "Sire, ta hipoteza nie była mi potrzebna".
Podobnie myśli wielu wspólczesnych uczonych. Pewien biolog przekonywał mnie, że wystarczy coś poprzestawiać w ludzkim DNA, aby nasz organizm permanentnie się reprodukował. Nasi sukcesorzy w nieskończoność zachowywaliby wtedy ciała 20-latków, chociaż ich mózgi gromadziłyby doświadczenie i wiedzę. Dlatego my, ludzie obecnie żyjący, jesteśmy bytami hipertragicznymi. Umrzemy jako jedni z ostatnich. Najdalej za 100-200 lat ludzie będą już nieśmiertelni. - Jesteśmy jak żołnierz, który ginie w ostatniej minucie wojny. Co za pech! - konkludowal biolog.
Uczony ten jednak zagubił jedną myśl. Jaką? Zauważmy, że we wszystkich filmach o tworzeniu sztucznego człowieka, jego konstruktorzy w końcowej fazie, aby tchnąć życie w wyprodukowane ciało, doprowadzają doń energię (np. w filmie ze Stingiem jest to piorun). A zatem twórcy tych filmów czują intuicujnie, że kompletność materialna nie wystarczy, żeby żyć. Nie wystarczy - by tak rzec - mieć wszystko na swoim miejscu. Potrzebne jest jeszcze Coś, co w tego rodzaju kinematografii przedstawiane jest z reguły naiwnie jako iskra elektryczna. A więc kolegę biologa pytam: jak ową superratę ponadcielesną, owo Coś, co chrześcijanie nazywają duszą, zmusić do działania poza czasowym dystansem wyznaczonym przez Boga?
Tej obserwacji nie poczynili ci wszyscy, którzy kazali zamrozić swoje ciała po śmierci (czy widzieli Państwo te diabolicznie wyglądające, dymiące ciekłym azotem silosy z zamrożonymi milionerami?) . Owszem, pewnie za jakiś czas superrobot "De-terminator" przywróci odmrożonym ciałom kompletność, wstawiając wszystkie brakujące atomy w narządach zniszczonych przez choroby i samo zamrożenie. Ale co potem? Czy ciała nagle ożyją? A jeżeli nie, to czy podłączy się je do prądu albo do piorunochronu? A jeśli nie to, to co naukowcy mają w zanadrzu jako odpowiednik filmowego prądu? Nauka nie zna ani jednego przypadku, żeby udało się ożywić zwierzę po jego definitywnej śmierci. Z powyższych względów żaden superkonstruktor nie może nas na zawołanie rozkładać i składać. Musiałby dysponować iście boską technologią. Ludzie zamrożeni w "przetrwalnikach" odeszli z tego świata ostatecznie.
Wielu ludzi nie przejmuje się naocznym doświadczeniem mistyków ani dowodami na istnienie Boga autorstwa filozofów i teologów. Tym bardziej eksperymentem chłopa, który zważył duszę. Zważył umierającego krewniaka przed i po śmierci. Odjemna minus odjemnik dały wartość różną od zera, a mieszkańcowi podbeskidzkiej wsi pewność teologiczną. Nikt z uczonych sceptyków na to nie wpadł (nie, nie na to, aby ważyć duszę - na to, aby tak uporczywie poszukiwać Boga).
Gdy myślę o naszym odchodzeniu, często przypomina mi się ławeczka z Patriarszych Prudów, której realny pierwowzór stoi w Moskwie do dzisiaj. Jeżeli wierzyć Bułhakowowi, o podobnych sprawach debatowało na niej kiedyś z szatanem dwóch moskwian. Żaden z nich nie wierzył w istnienie Raju. W przeciwieństwie do szatana, który nie tylko wierzy w Boga, ale wręcz zna Go. I Michał Aleksandrowicz Berlioz miał wkrótce posiąść tę wiedzę. W ostatnim przebłysku świadomości jego głowa pomyślała: "A jednak!". Jego młody towarzysz ganiał później po Moskwie ze świętym obrazkiem na piersiach.
Tragiczne zdarzenia zmieniają nas. Ostateczny dowód na istnienie Boga zostanie nam zaprezentowany nie zbiorowo, lecz indywidualnie. "Każdemu będzie dane wedle jego wiary". I nie trzeba będzie na to długo czekać. Dlatego warto żyć tak, jakby się miało umrzeć jutro.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz